Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WIP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WIP. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 sierpnia 2015

Wielki test kwadratów

Mam w planach dzierganie serwety z kwadratowych elementów, ale zanim się za to zabiorę, muszę się zdecydować na jakiś kwadrat. W obliczu klęski urodzaju schematów, jaka panuje w mojej kolekcji wzorów, nie jest to wcale takie proste. Przekopałam się przez moje zeszyty i wybrałam 6 wzorów, które wpadły mi w oko. Postanowiłam każdy element zrobić na próbę - żeby zobaczyć, jak wygląda, jakiej wielkości wychodzi, czy łatwo się go dzierga. Oto efekt:



Kandydaci nr 1 i 6 zostali zdyskwalifikowani - bo tak. Nie podobają mi się i już. Kandydat nr 2 jest ładny, ale za mały. Kandydat nr 5 ma zbyt gęsty środek. Zrobiłam alternatywną wersję czterech pierwszych okrążeń i ta byłaby nawet do przyjęcia. Największe szanse mają nr 3 i nr 4, przy czym skłaniam się ku kandydatowi nr 3, bo bardzo szybko się go robi, nie jest kordonkożerny, bo składa się głównie z dziur i nie ma pikotków. A jakie są wasze typy?

sobota, 13 czerwca 2015

Zabawki stare i nowe


Mam nową, fajną zabawkę - małe krosno tkackie. Nowe zabawki, jak wiadomo, cieszą bardziej niż stare, więc przez najbliższy czas tkanie na krośnie będzie mnie bardziej absorbować niż szydełkowanie. Nie znaczy to wcale, że nie dziergam - nie, nie, nic z tych rzeczy. Zaczęłam serwetkę, której nadałam roboczą nazwę "rudy łosoś" - ze względu na kolory, jakie do niej wybrałam. Postęp prac jest, jak widać na zdjęciu, dość nikły, ale w sumie nigdzie się z tą serwetką nie spieszę.

Co do tkania - bardzo fajna sprawa. Po pierwsze, jest pretekst, żeby kupić nowe włóczki. Po drugie, jest okazja do zabawy kolorami i kształtami. Po trzecie, jak już się opanuje podstawowe rzeczy w rodzaju tego, jak właściwie przygotować osnowę i jak prowadzić wątek, tkanie jest bardzo relaksujące i proste. Powiedziałabym, że jest czynnością wręcz bezmyślną. Jest z tego dużo frajdy i mam nadzieję, że już wkrótce pochwalę się jakimś konkretnym efektem.


niedziela, 24 maja 2015

Niemoc

Dopadła mnie szydełkowa niemoc. Pozaczynałam kilka nowych rzeczy, ale żadna z nich mi się nie podoba, nie mam ochoty ich dokańczać. A to wzór nie za bardzo mi się podoba, a to podkładka wychodzi zbyt mała lub zbyt duża, a to kolory mi nie pasują... Jedyną rzeczą, której na razie nie rzuciłam w kąt jest nieduża serwetka w ananaski. Ananasków na razie nie widać, bo za mną dopiero kilka początkowych okrążeń. Przy okazji eksperymentuję z luźnym splotem, specjalnie wzięłam zbyt grube szydełko do cienkiego kordonka, żeby zobaczyć jak to będzie wyglądać.


Na zdjęciu oprócz serwetki w toku widać też niedokończoną kolorową serwetkę, którą najpierw robiłam według schematu, a pod koniec według własnego pomysłu, który okazał się niezupełnie udany. Mam do wyboru albo dopracować własny pomysł, albo go spruć i dokończyć według schematu. Na żadną z opcji nie mam najmniejszej ochoty, więc pewnie serwetka nie doczeka się dokończenia.
Są tu też dwie podkładki - wzór jest bardzo ładny, ale zrobiony cienkim kordonkiem wychodzi tak maleńki, że nadaje się wyłącznie na podkładkę pod kieliszek wódki, a robiony z grubszej bawełny jest już ciut za duży na podkładkę pod kubek. Pewnie wystarczyłaby drobna modyfikacja wzoru, zmniejszenie go o jedno okrążenie, ale jakoś nie mam do tego serca.

Ta niemożność wydziergania czegoś, z czego byłabym zadowolona, trochę zniechęciła mnie do szydełka. Mam ochotę od niego odpocząć, a ponieważ naoglądałam się ostatnio prac Maryanne Moodie, postanowiłam spróbować tkania. Ze starej ramki do zdjęć i gwoździ zmajstrowałam sobie nieduże krosno i tak na czuja, bez wgłębiania się w tajniki sztuki tkackiej zrobiłam sobie takie malutkie coś:

Nie wiem, jak się takie ręcznie tkane ozdoby poprawnie nazywają po polsku - gobeliny? kilimy? Sweterki na ścianę! Mniejsza o nazwę. Nie mam zielonego pojęcia o tkaniu, nie umiem wiązać frędzelków, ładnie zaczynać ani zakańczać tkaniny, robić wzorów, ale bardzo mi się takie tkane ozdoby podobają i mam zamiar nauczyć się je robić.

sobota, 9 maja 2015

Work in progress


Jestem w trakcie dziergania podkładek pod talerze. Będą prostokątne, złożone z sześciu kwadratów każda. Wymyśliłam sobie, że mają wyglądać trochę zgrzebnie, więc robię je z lnianej włóczki w burym kolorze. Jak na razie efekt jest zadowalający :)


sobota, 7 marca 2015

Work in progress...


Szydełkuję teraz zwykłą, białą serwetkę. Po różnych kolorystycznych ekscesach naszła mnie ochota na coś bardzo spokojnego, zwyczajnego i nudnego. Wybrałam prosty wzór, który znalazłam na stronie manualni.pl (klik). Serwetka to w zasadzie same podwójne słupki i dużo oczek łańcuszka, więc jest łatwa w robocie i gdybym poświęcała jej odpowiednią ilość czasu, już dawno byłaby skończona. Ale czasu mam jak na lekarstwo - niedawno zmieniłam pracę i głównie jestem zaabsorbowana oswajaniem tej zmiany. Z tego powodu nie mam za bardzo głowy do robótek, zaniedbałam też trochę blogowanie. Rzadziej niż bym chciała zaglądam na Wasze blogi, nie bywam na Wspólnym Dzierganiu i Czytaniu, Wszystkie zasoby wewnętrznej energii zużywam na uczenie się nowych rzeczy, zapamiętywanie imion ludzi, których poznaję (a z tym mam zwykle kłopot) i niepoddawanie się stresowi. Na stres, jak wiadomo, najlepsze jest dzierganie - zatem wracam do mojej białej serwetki.

środa, 18 lutego 2015

Wspólne dzierganie i czytanie - 19


Dziś środa, więc dołączam do Wspólnego Dziergania i Czytania - zabawy na blogu Maknety.

Wstyd przyznać, ale już trzeci tydzień czytam tę samą książkę - "Nanę" Emila Zoli. Jakoś tak mi się porobiło, że wolne chwile, które udaje mi się wygospodarować, wolę poświęcać na inne przyjemności niż czytanie. Szydełkowanie niewątpliwie na tym zyskuje - wzięłam się za trzy rzeczy naraz. Pracuję w tej chwili nad kompletem czterech malutkich serwetek (to te kordonki w koszyczku), babcinymi serduszkami (to te kółeczka z przodu) oraz etui na telefon (nie ma go na zdjęciu, bo jest czarne i niefotogeniczne).

Małe serwetki z kordonków robię według tego wzoru - KLIK. Wymyśliłam sobie, że każda serwetka będzie w innym kolorze. Musztardowożółta jest już gotowa, czerwona właśnie się robi, a jasnoniebieska i bladoróżowa czekają na swoją kolej.

Babcine serduszka, które robię z pomarańczowej, różowej, czerwonej i zielonej bawełny, wyglądają trochę jak babcine kwadraty. Pomysł i opis wykonania znalazłam na blogu Bunny Mummy (KLIK).

Niefotogeniczne etui na telefon, które nie załapało się do zdjęcia jest na razie na etapie nieciekawego prostokąta, więc i tak nie ma co pokazywać. Chciałabym później ozdobić je haftem krzyżykowym - bardzo podobają mi się krzyżyki wyszywane na różnych szydełkowych wyrobach i mam ochotę zobaczyć, jak mi to wyjdzie.

zabawa u Maknety

sobota, 27 grudnia 2014

Work in progress...


Pracuję teraz nad mini-bieżnikiem z różnokolorowych elementów. Ma być nieduży (ok. 20 na 60 cm), więc będzie w zasadzie prostokątną serwetką ;)


Szczęśliwie dobrnęłam do półmetka robótki i postanowiłam pochwalić się, co już mam. A mam sześć gotowych, zblokowanych kwadratów i jeden zaczęty, który jest jeszcze kółeczkiem. Każdy następny kwadrat idzie mi coraz szybciej, w końcu nauczyłam się wzoru i nie muszę co chwila wsadzać nosa w zeszyt ze schematem.




Korzystam ze wzoru Dream Catcher - jest bardzo prosty i ładny, myślę, że nadawał by się też na podkładki. Jeśli braknie mi cierpliwości do łączenia moich kwadracików, zawsze będę mogła je wykorzystać w ten sposób ;)



środa, 10 grudnia 2014

Wspólne dzierganie i czytanie - 12



Udało mi się przysiąść do poduszki z kwadratów, która musiała odleżeć swoje. Nie ma jej dzisiaj na zdjęciu, ale mam nadzieję, że już niedługo pokażę ją gotową.
Na zdjęciu widać za to kwadratowe elementy na bieżnik, które teraz dziergam. Mimo, że wzór, który wybrałam, jest prosty, idzie mi to bardzo powoli. Do tej pory zrobiłam tylko dwa kwadraty i zaczęłam trzeci.
Wzór bardzo mi się podoba, ale nie jest do końca dopracowany. Brzegi mocno się zwijają - mimo, że zwiększyłam liczbę oczek łańcuszka i słupków w ostatnich okrążeniach - i kwadraciki wymagają dosyć agresywnego blokowania. Na szczęście rozciąganie "na chama" nie jest dla nich zbyt szkodliwe ;)

Jeśli chodzi o moje lektury, to czytam teraz książkę Sławomiry Walczewskiej "Damy, rycerze i feministki: kobiecy dyskurs emancypacyjny w Polsce". Autorka opisuje w niej przemiany sposobu myślenia o kobietach, uwzględniając kontekst polskiej kultury i historii oraz przemian społecznych i gospodarczych, jakie dokonały się w XIX i XX wieku. Walczewska na podstawie tekstów literackich i publicystycznych odtwarza dawniejsze i współczesne poglądy na macierzyństwo, małżeństwo, uczucia, twórczość, działalność publiczną, wykształcenie i pracę kobiet. Książka zawiera ciekawe, choć niestety szczątkowe informacje o polskim ruchu kobiecym w XIX i XX wieku, a jej jedyną wadą jest niewielka objętość i brak rozwinięcia pewnych wątków.
Podczas lektury tej książki uświadamiam sobie, jak niewiele wiem na temat polskich emancypantek. Większość nazwisk przytaczanych w tekście jest mi obca. Oczywiście słyszałam o Żmichowskiej, Orzeszkowej i Nałkowskiej, bo o nich słyszeli wszyscy, może niekoniecznie w kontekście ruchu kobiecego, ale jednak. Natomiast po raz pierwszy zetknęłam się z takimi postaciami, jak Paulina Krakowowa, Eleonora Ziemięcka, Anastazja Dzieduszycka, Kazimiera Bujwidowa, Maria Szeliga, Paulina Kuczalska-Reinschmitt, Justyna Budzińska-Tylicka, Cecylia Walewska czy Teodora Męczkowska. Książka "Damy, rycerze i feministki" wzbudziła we mnie głód wiedzy - koniecznie muszę się dokształcić w zakresie historii emancypacji. Myślę, że warto wiedzieć coś więcej o kobietach, których działalność przyczyniła się do tego, że dzisiaj możemy chodzić same po ulicach, kształcić się i mieć własne konto w banku.

zabawa u Maknety

środa, 3 grudnia 2014

Wspólne dzierganie i czytanie - 11


Pstrokaty bałagan widoczny na zdjęciu to efekt trzech rozgrzebanych robótek.
Pierwsza - to poszewka na poduszkę z kwadratów z kółeczkami, która od tygodnia stoi, a raczej leży, w miejscu.
Druga - takie różowo-pomarańczowo-czerwone coś - to sweterek na telefon. Mały i prosty drobiazg, więc pewnie zaraz go skończę i w weekend podzielę się zdjęciami.
Trzecia - filigranowa dłubaninka z brązowego kordonka - to początek czegoś w rodzaju bieżnika. Znalazłam piękny wzór na kwadrat (Dream Catcher by Sherry Welch), który koniecznie chcę wypróbować. Wymyśliłam sobie, że zrobię tych kwadratów kilka w różnych kolorach i połączę w jedną całość, żeby powstało właśnie coś na kształt bieżnika. Przyda mi się na jedną łysą szafkę, która aż woła o jakąś narzutkę.

Moją lekturą w tym tygodniu jest książka Ireny Gumowskiej "Deptane po drodze". Od czasu do czasu, zmęczona opowieściami o ludziach, szukam wytchnienia w książkach o zwierzętach lub - tak jak teraz - o roślinach. Największe zainteresowanie budzi we mnie przyroda, z którą mam do czynienia na co dzień, a więc pospolite gatunki ptaków, owady, parkowe drzewa i przydrożne chwasty. Gumowska pisze właśnie o roślinach, na które możemy się natknąć na spacerze w mieście i na wsi, nad rzekami, w lasach i na łąkach. Charakteryzuje środowiska, w jakich żyją, opisuje ich znaczenie dla człowieka oraz podaje różne ciekawostki, na przykład zaskakującą niekiedy etymologię nazw. Gdyby komuś moje wybory czytelnicze wydały się dziwne, uprzejmie donoszę, że sama Gumowska czytała do poduszki "Nawozy organiczne" - czyli o gnoju po prostu - a zagadnięta przez zdziwionego znajomego odparła: "Ależ to jest fascynująca książka! To jest sama prawda i podstawa życia..."

zabawa u Maknety

środa, 26 listopada 2014

Wspólne dzierganie i czytanie - 10



Jeśli dziś środa, to wspólnie dziergamy i czytamy u Maknety!

W tym tygodniu nadal bawię się kwadratami, z których ma powstać poszewka. Skończyłam już wszystkie 20 sztuk, zszyłam, a teraz robię jeszcze kilka rundek dookoła, bo poduszka, którą mam ubrać, okazała się wielką kobyłą. Stan prac jest nieco bardziej zaawansowany niż widać na zdjęciu, które było robione w weekend.

Zaczęłam czytać "Cień" Moniki Rakusy. Bardzo lubię tą autorkę, jej poprzednie książki wyjątkowo mi się podobały, więc kiedy tylko dowiedziałam się, że wydała kolejną, od razu poleciałam do księgarni.
I nie rozczarowałam się. Rakusa prezentuje typ wrażliwości, który mi odpowiada, opisując świat zwraca uwagę na rzeczy, które są ważne i dla mnie - a tego właśnie szukam w literaturze. Charakterystyczny dla jej prozy jest pogłębiony psychologicznie obraz kobiecych doświadczeń. Bohaterki kreowane przez Rakusę są różne, ale łączy je jedna cecha - poczucie, że nie uczestniczą we własnym życiu. Na różne sposoby są nieobecne, niewidzialne, zdystansowane do samych siebie, ról, jakie pełnią. Mają wrażenie, że ich życie jest nieprawdziwe, jest zaledwie cieniem życia prawdziwego, które majaczy w jakiejś nieokreślonej sferze nigdy nie urzeczywistnionej doskonałości.
"Cień" czyta się bardzo dobrze, choć osobom, które nie zetknęły się jeszcze z twórczością Moniki Rakusy, poleciłabym raczej "Żonę Adama". "Cień" jest zbiorem krótkich form, które pewne wątki jedynie punktują, sygnalizują - a to może pozostawiać pewien niedosyt. "Żona Adama" jako powieść jest bogatsza w treść i podaje ją w łatwiej przyswajalnej formie.

Tylko jedna rzecz wkurzyła mnie w "Cieniu" - niekonsekwencja wydawcy, który poprzednie książki Moniki Rakusy publikował w serii "Z miotłą", a "Cień" postanowił wypuścić w serii "Archipelagi". Każda z tych serii ma własną, charakterystyczną szatę graficzną, i teraz jak ustawiam na półce wszystkie Rakusy razem, to do siebie nie pasują. Nie wspominając już o tym, że gdyby mi przyszło do głowy ustawiać seriami (czasami mam na to ochotę), to autorka by mi się rozpełzła po różnych częściach biblioteczki. Ciężki los mola książkowego - trzeba się mierzyć z takimi problemami ;)

zabawa u Maknety

środa, 19 listopada 2014

Wspólne dzierganie i czytanie - 9



Po drobiazgach, które szydełkowałam ostatnio - koszyczku, który już pokazywałam i śnieżynkach, które jeszcze czekają na sesję zdjęciową - wzięłam się za coś większego. Dziergam poszewkę na poduszkę. Duże rzeczy najwygodniej robi mi się z elementów, więc znowu produkuję kwadraty - tym razem z kółeczkami w środku i nie aż tak pstrokate, jak te, z których zrobiłam kocyk.

Jeśli chodzi o książki, to czytam teraz "Harpie, piranie, anioły". Książka ta jest zapisem rozmowy Małgorzaty Domagalik, dziennikarki, i Krystyny Kofty, jednej z moich ulubionych pisarek. Autorki rozmawiają o "babskich" sprawach - o relacjach między kobietami, związkach z mężczyznami, samotności, szczęściu, zmarszczkach, kulcie młodości, presji społecznej, równouprawnieniu, dojrzałości, sile charakteru, umiejętności mówienia "nie", wychowaniu dziewczynek, molestowaniu, przemocy, zdradach, ciążach, małżeństwie, niezależności finansowej i wielu, wielu innych rzeczach. Książka jest interesująca, czyta się ją szybko, można odnieść wrażenie, że siedzi się na kawie z Koftą i Domagalik i przysłuchuje ich rozmowie. Jeśli jednak ktoś ma ochotę na głębszą lekturę, może się rozczarować - felietonowy styl tekstu sprawia, że większość zagadnień jest traktowana "po łebkach". Mimo wszystko - polecam.


zabawa u Maknety

środa, 12 listopada 2014

Wspólne dzierganie i czytanie - 8



Od zeszłego tygodnia niewiele się u mnie zmieniło, jeśli chodzi o lektury - dokańczam "Czytając Polskę" - ale za to pojawiły się nowe prace szydełkowe. Kac robótkowy w zasadzie mi minął i wkraczam teraz w stan "milion pomysłów na minutę". Ze wszystkich, które przychodzą mi do głowy, zaczęłam realizować dwa. Ponieważ zbliża się grudzień i przestrzeń opanowują ozdoby świąteczne, zaczęłam dziergać śnieżynki. Robię je z niebieskiego kordonka, bo szczerze nienawidzę standardowych kolorów świątecznych dekoracji - wszystkie są czerwono-biało-zielone, bleh. Oprócz śnieżynek "robi się" koszyk ze sznurka. Z racji użytego materiału będzie dość surowy, więc zamierzam ozdobić go szydełkowymi kwiatkami. I guzikami. I koralikami może też. Lubię, jak jest naćkane.

zabawa u Maknety

środa, 29 października 2014

Wspólne dzierganie i czytanie - 6



W dalszym ciągu pracuję nad szydełkowym pledem. Jestem już na finiszu - zszyłam wszystkie kwadraty i dorabiam teraz obramowanie.
Dość długo biedziłam się nad wyborem sposobu wykończenia. Myślałam o jakiejś ażurowej bordiurze, ale ostatecznie zdecydowałam się na banalnie prosty ścieg, którego polskiej nazwy nie znam, a który po angielsku nazywa się moss stitch. Robi się szybko i bezmyślnie, więc mam nadzieję, że do końca tego tygodnia uda mi się skończyć koc.
Przy dzierganiu obramowania okazało się, że zwrot "jeszcze tylko jedno okrążenie" nabiera nowego znaczenia. Bardzo nowego - np. myślę sobie: "jeszcze tylko jedno okrążenie i biorę się za obiad", po czym okazuje się, że obiad w zasadzie mogę sobie odpuścić, bo jest już pora kolacji!

Wśród moich aktualnych lektur znalazła się jeszcze cieplutka nowość - debiutancka powieść Wojciecha Engelkinga. "(Niepotrzebne skreślić)"  to bardzo celny obraz współczesności. Przedstawia nasz świat z perspektywy końca XXI wieku - przyszłości, w której dla wszystkich oczywisty jest porządek kryzysu ekonomicznego i panujące w nim zasady: praca jest przywilejem wybranych, biedni nie zasługują na szczęście, a "jedyną prawdziwą radością w życiu człowieka może być otrzymanie od losu kwoty pozwalającej pogardzać swoimi bliźnimi".

Bohaterowie książki żyją w czasach, kiedy ten porządek dopiero się konstytuuje, a wymienione wyżej zasady są dla nich wciąż czymś nowym, jeszcze nieco niewiarygodnym, ale instynktownie wyczuwanym. Są młodymi, niby-dorosłymi ludźmi, którzy symulują "prawdziwe" życie. Wiedzą, że "jak będziemy tak głośno mówić, jak jest naprawdę, nigdy nie będzie przyjemnie". W nieustającym tańcu wywyższania się i poniżania innych marzą o "ładnym życiu", udają kogoś, kim nie są, biorą kredyty, by sobie na przyjemne i ładne życie pozwolić, wymyślają sobie życiorysy na facebooku, żeby być kimś lepszym niż w rzeczywistości. Lepszym - to znaczy bogatszym, lepiej ubranym, obstawionym szpanerskimi gadżetami.

Książka jest gorzką pigułką, jednak warto po nią sięgnąć - stanowi wartościową i dojrzałą refleksję o biednym społeczeństwie aspirującym do stania się społeczeństwem klasy średniej.

Szczegółów fabuły nie chcę opisywać, zainteresowanych odsyłam do świetnej recenzji Jarosława Czechowicza na blogu Krytycznym Okiem.

Przeraziła mnie (ale też i ucieszyła) w tej książce jedna rzecz - wiek autora. Engelking urodził się w 1992 roku, a więc ma 22 lata. Jeszcze całkiem niedawno, kiedy sięgałam po prozę młodych autorów, były to teksty pisane przez roczniki siedemdziesiąte. Teraz młoda literatura to roczniki dziewięćdziesiąte. Kiedy to się stało? Upływ czasu przeraża, ale z drugiej strony pozostaje cieszyć się, że są wśród dwudziestolatków ludzie, którzy umiejętnie obserwują rzeczywistość i potrafią komentować ją w tak dojrzały sposób. 

zabawa u Maknety

środa, 22 października 2014

Wspólne dzierganie i czytanie - 5


Po raz piąty biorę udział we Wspólnym Dzierganiu i Czytaniu u Maknety - jak na razie udaje mi się to robić systematycznie. Yay!

Moje dzierganie - jak widać na zdjęciu - idzie do przodu. Kwadraty na pled skończone, teraz je zszywam i powolutku koc zaczyna przypominać koc. Zszywanie jest potwornie nudne, ale ma tą niewątpliwą zaletę, że szybko idzie. Jest więc nadzieja, że wykończę ten pled, zanim on wykończy mnie.

W czytaniu książki wybrane według "łódzkiego kryterium", o którym wspominałam tydzień temu. Tym razem padło na "Złą krew" Grzegorza Gortata i "Złe miasto" Zygmunta Bartkiewicza.

Pierwsza z wymienionych powieści jest, wedle słów autora zamieszczonych na czwartej stronie okładki, "historią pewnego dzieciństwa". Narracja "Złej krwi" prowadzona jest z perspektywy kilkuletniego chłopca, którego lata szkolne przypadły na lata 60. XX wieku. Za pomocą oszczędnego, pozbawionego zbędnych emocji języka autor kreśli obraz z jednej strony zwykłej codzienności - tej szkolnej, rodzinnej, sąsiedzkiej, a z drugiej - historii przez duże H, która wciąż żyje w pamięci bezpośrednich świadków i uczestników wojennych wydarzeń, i która dzieje się na oczach dziecięcego bohatera-narratora.
"Zła krew" Gortata porusza trudne i ciężkie tematy - bo są tu i komunistyczne represje w 1968 roku, i antysemityzm, i Holocaust, ale dzięki surowości stylu nie przytłacza, nie gra na emocjach czytelnika.
Książka jest niewątpliwie wartościowa, jednak jest to raczej wartość dokumentacyjna niż literacka. Na pewno zaciekawi kogoś, kto lubi czytać wspomnienia i kogo ciekawią realia komunistycznej Polski.

"Złe miasto" Bartkiewicza czytało mi się fatalnie. Przyjemności z lektury zupełnie pozbawił mnie fakt, że miałam do czynienia z wydrukiem zeskanowanej książki, bo - niestety - tylko do takiej wersji tekstu udało mi się dotrzeć."Złe miasto" to opowiadanie o Łodzi z czasów strajków i walk ulicznych w 1905 roku. Nie ma tu fabuły (akurat dla mnie to nie wada, fabuła nie jest mi do czytelniczego szczęścia potrzebna) ani indywidualnych bohaterów, bohaterem zbiorowym są łódzcy robotnicy i szerzej - mieszkańcy przemysłowej Łodzi. Bartkiewicz w kilku obrazach kreśli portret miasta, "wieloludzkiej siedziby, gdzie jednak, jak powiadają, trudno o ludzi". Jest tu i wielkie bogactwo, i ogromna nędza, są konflikty, bunty pracowników, strajki i lokauty, jest eskalacja przemocy, gdy walka o godne życie zamienia się w rabunek i zbrodnię. Zło miasta ma swoje źródło w podstawowej motywacji, która napędza do działania jego mieszkańców: interes. Zysk. Geszeft. Poza pracą i bogaceniem się nie istnieje nic. Moralność zostaje zastąpiona rachunkiem ekonomicznym. "Na jakieś tam ideały my nie mamy tu czasu, ani ochoty, ani pieniędzy. My chcemy - żyć." I żyją - bogacze-prostacy, którzy wystawiają za miliony zbytkowne pałace, by popisać się majątkiem i - przy okazji - brakiem gustu. Fabrykanci, którzy znajdują naukowe uzasadnienie dla tezy, że pensja robotnika powinna wynosić "akurat tyle, aby nie umrzeć. Inaczej zaś, to krzywda dla niego". Obok nich żyje biedota, pracująca po piętnaście godzin na dobę i swój nędzny zarobek oddająca na budowę kościołów, chcąc zapewnić sobie godne życie na tamtym świecie, skoro na tym już na nic nie może liczyć.

Utwór Bartkiewicza jest mroczny, pełen drastycznych i wstrząsających opisów, plastycznie oddaje klimat fabrycznego miasta z początku XX wieku. Jednak dla właściwego odbioru tekstu niezbędna jest chociaż podstawowa wiedza o historii Łodzi, bez tego wiele fragmentów może być niezrozumiałych. Poza tym utwór pisany w 1907 roku, w okresie gwałtownego rozwoju ruchu socjalistycznego i tuż po krwawych starciach łódzkiego powstania roku 1905, jest w pewnym sensie martyrologią robotników, a to - ze względu na narzucające się skojarzenia z PRL-owską propagandą - może być dla współczesnego czytelnika mało strawne. Z tego względu "Złe miasto" jest książką w zasadzie wyłącznie dla pasjonatów historii Łodzi.


zabawa u Maknety

sobota, 18 października 2014

Work in progress...


Skończyłam dziergać kwadraty, z których ma powstać pled. Jest ich dokładnie 140. Nieuchronnie zbliża się moment, w którym będę musiała jakoś sensownie je poukładać i zacząć zszywać. Ponieważ poszalałam z kolorami, stworzenie z tak pstrokatych elementów jakiejś sensownej, harmonijnej kompozycji będzie nie lada wyzwaniem!






środa, 15 października 2014

Wspólne dzierganie i czytanie - 4



Nie za bardzo mam się czym pochwalić, jeśli chodzi o dzierganie - na froncie szydełkowym bez zmian, czyli kwadraty.

Pewne urozmaicenie pojawiło się w lekturach - przeczytałam "Perkalowego dybuka" autorstwa Konrada T. Lewandowskiego. Rzadko czytam kryminały. Historie bandycko-policyjne chętniej przyswajam w postaci seriali. Po książkę o przygodach nadkomisarza Drwęckiego sięgnęłam tylko dlatego, że akcja powieści dzieje się w Łodzi, a ja od jakiegoś czasu jestem zafascynowana tym miastem. Byłam tam tylko raz w życiu i tylko przez dwa dni, ale klimat i historia Łodzi tak mnie wciągnęły, że korzystam z każdej okazji, aby wirtualnie przenieść się do tego miasta - zarówno przez czytanie książek historycznych, jak i beletrystyki osadzonej w łódzkich realiach.

Książka Lewandowskiego jest świetna i polecam ją każdemu, kto ma ochotę na wciągającą historię z kilkoma trupami w tle. Wartka akcja, żywy język, dialogi pełne ciętych ripost i humor gwarantują przyjemność czytania, jednak ja z powodu dosyć szczególnych kryteriów wyboru lektury jestem nieco rozczarowana - Łodzi w tej książce jest niewiele. Autorowi nie udało się uchwycić klimatu miasta, może zresztą nawet nie było to jego celem. W końcu bardziej liczy się opowieść, a nie dekoracje ;)

zabawa u Maknety

środa, 8 października 2014

Wspólne dzierganie i czytanie - 3


Miniony tydzień był - podobnie jak kilka poprzednich i zapewne wiele następnych - zdominowany przez kwadraty na pled, które wytrwale dziergam. Dorabiam im białe obramienia, żeby pled nie porażał aż tak bardzo pstrokacizną.

Jeśli chodzi o książki, to czytam teraz "Martę" Elizy Orzeszkowej. Sięgnęłam po nią, bo bardzo lubię polską literaturę z drugiej połowy XIX wieku. I mimo, że książka Orzeszkowej nie dorównuje arcydziełom Prusa czy Reymonta, to wciąż jest powieścią wartościową.

Opisana w niej historia jest banalna – tytułowa Marta, młoda matka, po nagłej śmierci męża jest zmuszona samodzielnie utrzymać siebie i dziecko. Na pomoc rodziny nie może liczyć, a ponieważ pochodzi ze środowiska ziemiańskiego, nie ma też wykształcenia ani umiejętności, które pozwalałyby jej liczyć na samą siebie. Próbuje pracować, jednak każda z nielicznych, oferowanych jej posad, okazuje się zbyt wymagającą dla kobiety wychowanej w sposób, który przygotował ją do roli żony, matki i ozdoby salonu, ale nie przygotował do samodzielnego życia. Jak sama stwierdza: "Ubóstwo i potrzeba pracy zaskoczyły mię niespodzianie. Nic mię nie uzbroiło przeciw pierwszemu, nic nie nauczyło drugiej..."
Nieszczęśliwe położenie Marty nie jest jednak tylko jej osobistym problemem – jest problemem społecznym. Urodziła się w świecie, gdzie edukacja dla kobiet w zasadzie nie istnieje, a praca dostępna jest niemal wyłącznie dla mężczyzn. Świat ten zaoferował jej tylko jedną drogę życiową – niestety wiodącą do tragedii.
Orzeszkowa opisując dzieje swojej bohaterki, pokazuje, jak destrukcyjna dla ludzkiej psychiki jest nieumiejętność zdobycia i utrzymania pracy, która w konsekwencji prowadzi do konieczności życia z jałmużny i utraty szacunku do samego siebie. Pokazuje również szkodliwość społecznych mitów i stereotypów, które spychają kobiety na margines.
Książka jest ciekawym studium epoki, które warto poznać, aby przypomnieć sobie, co zawdzięczamy ruchowi kobiecemu, ale też uświadomić sobie, że feminizm nie jest przeżytkiem, bo historie takie, jak opisana w książce wciąż się zdarzają – ile kobiet we współczesnej Polsce byłoby w stanie z własnej pensji utrzymać siebie i dziecko? Ile samotnych matek żyje w nędzy i na granicy upodlenia?
W odbiorze tekstu może nieco przeszkadzać archaiczny język Orzeszkowej, z drugiej strony jest to świetna okazja, aby docenić urodę polszczyzny odmiennej od tej, którą posługujemy się na co dzień.

zabawa u Maknety

środa, 1 października 2014

Wspólne dzierganie i czytanie - 2


W tym tygodniu - mrok i kolory. Kolory pojawiają się za sprawą kwadratów, które w bliżej nieokreślonej przyszłości zamienią się w pled, mrok z kolei przynosi powieść Małgorzaty Cimek-Gutowskiej.

„Uwięziony w mroku” to niepokojący obraz obsesji i swego rodzaju studium dewiacji. Akcja powieści rozgrywa się w latach 30. XX wieku, w prowincjonalnym mieście. Bohaterem jest młody mężczyzna, jubiler, żyjący w izolacji od ludzi z powodu swojej wyjątkowej brzydoty. Podobnie jak każdy inny człowiek, Ignacy pragnie miłości i bliskości, jednak pragnienia te, nie mogąc zostać zaspokojone, wyrodnieją. Naturalne potrzeby potwornieją w niepokojące żądze, które zmieniają bohatera w czający się po zaułkach cień. Ignacy śledzi i obserwuje z ukrycia nieznajomą młodą kobietę, będącą przedmiotem jego pragnień. Włamuje się do jej mieszkania, kradnie osobiste drobiazgi, czyta zapiski w dzienniku. Jego stosunek do dziewczyny to erotyczne ubóstwienie graniczące z uprzedmiotowieniem i mizoginicznym wstrętem, który pojawia się, gdy obiekt obsesji nabiera cech realnych. Ignacy nie jest zakochany w kobiecie, którą obserwuje, pożąda jedynie jej fizycznego piękna, jej moralność i intelekt ocenia bardzo nisko. Ta surowość i brak wyrozumiałości w stosunku do innych współistnieją w Ignacym z zupełnym zaprzeczeniem własnego moralnego upadku.

Powieść czyta się szybko, sprzyjają temu krótkie rozdziały i staranny, dopracowany styl. Uroda języka zdradza poetyckie korzenie autorki. Pierwszoosobowa narracja zmusza czytelnika do utożsamienia się z odstręczającym bohaterem, wejścia w skórę dewianta – jest to doświadczenie tyleż nieprzyjemne, co zaskakujące.

Duszny i mroczny klimat książki, nasycenie nieco perwersyjną erotyką przywołują skojarzenia z rysunkami Brunona Schulza, którego "Sklepy cynamonowe" czyta zresztą główny bohater.

Książka warta polecenia dla każdego, kto lubi dobrze opowiedziane, nietuzinkowe historie i kto ceni sobie staranność powieściowej formy.

zabawa u Maknety
.

sobota, 27 września 2014

Powódź kwadratów


Zalewa mnie prawdziwa powódź kwadratów! Tym razem są to Summer Garden Granny Square, robione według wzoru z bloga Attic24. Planuję zrobić z nich pled, nie dlatego, że potrzebuję, raczej po to, żeby zużyć włóczki i zrobić miejsce dla następnych ;)